Final frontier
22 czerwiec 2009
Przeglądam Internet, czytam recenzje nowej odsłony Star Treka. Negatywnych komentarzy mało, co cieszy, ale niejednokrotnie spotykam ogólnikowe stwierdzenia w rodzaju “może być, ale nie musi”. Niektórzy narzekają na postaci Spocka i Kirka – pierwszy, jakoby zupełnie odstawał od pierwowzoru w wykonaniu Nimoy’a, drugi jawi się jako typowy amerykański bohater kina akcji, nieustraszony kowboj wystrzelony w przestrzeń kosmosu. Tymczasem, w nowym Star Treku J.J. Abramsa (Lost, Project:Monster) dzieje się rzecz zupełnie odwrotna niż w przypadku nowych części Star Wars: reżyser nie spartolił sprawy.
Banalnie powiedziane… Długo można by mówić o tym, jak bardzo Star Trek XI przypomina pierwszą odsłonę gwiezdnych podróżników, The Original Series z końca lat sześćdziesiątych. Spock pozostał tym samym Spockiem – istotą, która przeżywa wewnętrzną walkę z emocjami (niczym postać grana przez Bale’a w Equilibrium). Abrams poszedł zresztą trochę dalej, i dobrze, położył bowiem nacisk na przeżycia wewnętrzne głównych postaci. Nie pozbawił Spocka specyficznego poczucia humoru, nie pozbawił też go Jamesa T. Kirka – kapitan U.S.S. Enterprise wciąż jest “macho”, nie dysponuje co prawda cudownym stylem walki Williama Shatnera (1, 2, 3, 4) ale nadal nie przebiera w środkach, jest postacią dominującą i sprawiedliwą zarazem, zupełnie jak stary dobry Kirk w obcisłych gatkach.
4 czerwca
5 czerwiec 2009
Na szczęście to wydumane święto za nami. Niosący się echem głos Solidarności: „obaliliśmy komunizm!” – już cichnie, i dobrze, ponieważ medialne bombardowanie było już nie do zniesienia. Zabawny był Gdańsk i czerwone domino, strącone boską dłonią Wałęsy; zabawny był Kraków – i świętowanie elit europejskich, jak gdyby umieranie komunizmu było ofiarą poniesioną przez Polaków dla demokracji. My, Polacy, mamy chorą tendencję do budowania pomników i zapisywania sobie zasług, nawet wobec przemian politycznych, na które nasz wpływ był znikomy. Ziemkiewicz, we wczorajszym wywiadzie dla TVP Info powiedział, że nie widzi podstaw, by w tak optymistyczny sposób celebrować 4 czerwca 1989, a już na pewno nie powinniśmy porównywać 4 czerwca do 11 listopada 1918. Ja bym poszedł w ocenie jeszcze dalej: droga do „niepodległości” była w obu przypadkach uzależniona mocno od czynników zewnętrznych – w przypadku rodzącej się II RP od wyniku Pierwszej Wojny światowej i rewolucji październikowej, a w przypadku przemian ustrojowych wschodniej Europy od wykorzystania potencjału polityczno-gospodarczego socjalizmu, wyścigu zbrojeń Stanów Zjednoczonych i ZSRR oraz przemian światopoglądowych po Drugiej Wojnie Światowej.
Prawicowi publicyści mówią: to naród stanął na wysokości zadania i pokazał wolę walki o niepodległość. Stan wojenny, który lewacy tak ochoczo bronią i przywołują w dyskusji słynne zagrożenie wejścia na ziemie polskie wojsk radzieckich, wyczerpał w zupełności potencjał polityczny „S”. Taki był zresztą jego cel, jak widać – skutecznie zrealizowany. Swołocz sowiecka już na początku lat osiemdziesiątych wiedziała, że możliwości socjalizmu zostały wykorzystane, że jego przestarzały model wymaga reform (Gorbaczow). Jak się okazało, stracili jedni i drudzy: pierestrojka i głastnost obcięły socjalistom ręce, a stan wojenny uniemożliwił zdobycie władzy w Polsce drogą rewolucji. Komunistyczna władza nie posiadała już “mandatu”, który uprawniał ją do kształtowania porządku politycznego. W przeciwnym razie, “Solidarność” zostałaby precyzyjnie zgaszona, tak jak zgaszone były grupy niepodległościowe AK czy węgierscy powstańcy.
Popularna teza głosząca, iż to „Solidarność” obaliła komunizm (nie wspominając o obalaniu komunizmu przez Lecha Wałęsę) to – najdelikatniej mówiąc – głęboka nieścisłość. Ani „S” nie była bowiem u początków swojego istnienia ruchem niepodległościowym (strajki na początku lat siedemdziesiątych na wybrzeżu), ani też celem stoczniowców nie była przemiana ustrojowa. Strajki o charakterze gospodarczym zostały jednak wykorzystane przez elity intelektualne. Te same elity, które w marcu, sześćdziesiątego ósmego roku, domagały się realizowania liberalnych przemian zapowiedzianych po odwilży październikowej. I dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, zwrot w myśli socjalistycznej ku przemianom politycznym i gospodarczym sprawił, że PZPR okazała się bezsilna wobec woli narodu polskiego. Wypowiedzi Jaruzelskiego, który powiada dziś, że stan wojenny był przygotowaniem Polski na nową drogę, drogę demokracji, utwierdzają tylko w przekonaniu, że historia nie potoczyła się tak, jak pragnęli tego działacze PZPR. Nie przekształcono państwa w nowoczesną republikę ludową, system umierał, jak umierali polscy robotnicy na rękach ZOMO. Był to strzał władzy państwowej we własną stopę.
I co dalej? III RP nie posiadała i nie posiada elit politycznie i intelektualnie tak silnych jak II RP. Niepodległe państwo polskie po 1918 roku charakteryzowało się doświadczoną kadrą dowódczą sił zbrojnych, oficerami wyszkolonymi w armii pruskiej i austriackiej. Czołowi politycy wynieśli wiele dobrego z działalności partyjnej w rosyjskiej Dumie oraz Galicji. 4 czerwca dał nam niewykształconych opozycjonistów i nie pozwolił rozprawić się z zżerającą naród postkomuną.
Urban, choć cuchnący z niego, rubaszny komunista, bezwstydnik do granic możliwości, ma słuszność, kiedy mówi: „Do Okrągłego Stołu siadały dwie słabe strony. Solidarność była słaba i my też byliśmy słabi. Mieliśmy poczucie klęski (…) Myśleliśmy, że zmiana powinna być ewolucyjna – bez wisielców na drzewach i latarniach.”. Obie strony przegrały. Komuniści władzę, a naród szansę na wieszanie.
Spotkanie
2 czerwiec 2009
Dziś z M. na debacie politycznej w kampusie Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzonej przez red. Piotra Semkę w towarzystwie kandydatów do europarlamentu z ramienia PiS, PO, Libertas i SLD (wszyscy zaproszeni, prócz dezerterującego towarzysza Olejniczaka, pojawili się, mimo bardzo wąskiego grona zainteresowanych obywateli Rzeczypospolitej). Moderator, pan Semka, okazał się człowiekiem flegmatycznym, leniwym, ironicznym, wręcz butnym, sprawiał wrażenie zmęczonego ponad godzinnym spotkaniem. Ewa Tomaszewska przybyła z piętnastominutowym opóźnieniem (na i tak opóźnioną już debatę), a przez całe spotkanie prezentowała się jako osoba wystraszona. Pan Kostrzewka-Zorbas z PO był pewnym mówcą, nie tak biegłym jak reprezentant Libertasu – Artur Zawisza, nie zaskoczył natomiast, nawet w tak ciasnym gronie, socjotechnicznymi wycieczkami służącymi do pozyskania tych paru głosów w zbliżających się wyborach. Debata była nudna, nie wniosła nic nowego do medialnej euroburzy. Przybyłem na to zorganizowane o wczesnej godzinie (10:00) spotkanie właściwie z jednego powodu – chciałem usłyszeć, cóż ma do powiedzenia pan Zawisza, monarchista zresztą, a więc i antydemokrata, czym niejako już na starcie zyskuje moją aprobatę. Niestety, pan Semka uniemożliwił mi zadanie panu Zawiszy pytania, dość ważnego moim skromnym, obywatelskim zdaniem, mianowicie: jakie interesy reprezentuje Libertas i czy jest to, odnosząc się do wypowiedzi profesor Staniszkis, działanie wbrew polskiej racji stanu. Bo choć ideologicznie najbliżej mi do działaczy rekrutujących się z dawnego LPR, to owi działacze kandydujący z ramienia partii Ganleya wydają się nie tyle bronić suwerenność narodu polskiego, co chronić przed upadkiem europejską skrajną prawicę. Ponadto, na swoim blogu, Zawsza podkreślił cel, wokół którego Ganley zgrupował polityków z krajów Unii Europejskiej: obalenie traktatu lizbońskiego („ruch antytraktatowy”). Sam zresztą poseł recepty na funkcjonowanie Wspólnoty nie ma (na pytanie M. o istnienie sił militarnych UE, których powołanie Zawisza uznał za ważne, w kontekście oporu dla scentralizowanej polityki UE, nie umiał odpowiedzieć).
Na szczęście w czerwcowych wyborach nie będzie dane mi wziąć udział.
Żądze nas gnębią i sny o walce
30 maj 2009
Bagno
28 maj 2009
Od pewnego czasu nie ubolewam już nad jakością polskiego dziennikarstwa i związaną z tym zawodem tzw. „wolnością słowa”. Zaremba, pisząc o prasowych kompromisach, w pełni krystalizuje moje odczucia względem publicystów: ze smutkiem akceptuję upadek solidnego rzemiosła dziennikarskiego, który w świecie poprawności politycznej i kapitalistycznych uwarunkowań przypomina walkę organów prasowych dwudziestolecia międzywojennego. Podobnie zresztą oceniam „anonimową” blogosferę, która wyniesioną na piedestał „niezależność” nader często wykorzystuje do manifestowania podłych, obraźliwych poglądów zakrawających na miano „radosnej twórczości”. Nieliczni blogerzy i dziennikarze oczywiście wykazują się w tej materii obiektywizmem i celnością spostrzeżeń. Nieliczni, powtórzę.
Przypomnę, że obóz sanacyjny w kwestii fałszerstw dziennikarskich, wykazał się trzeciej dekadzie dwudziestego wieku działaniem niezwykle stanowczym i skutecznym: na organa prasowe nałożono ogromne kary pieniężne za głoszenie informacji niezgodnych z prawdą. Ponadto, redaktor tekstu był w pełni odpowiedzialny prawnie za publikację. W obecnej sytuacji, „wolność słowa” spłaszczana jest do nonsensownej manifestacji o możliwość wyrażania tego, co ślina na język przyniesie. I w konflikcie pomiędzy Kataryną, grupą prawicowych blogerów oraz publicystami Dziennika i przyśpiewującymi im blogerami lewicującymi, wypada mi stanąć pośrodku i przytoczyć słowa Piłsudskiego, który tak mówił o posłach Rzeczypospolitej (cytat w moim przekonaniu doskonale oddaje kondycję polskiego dziennikarstwa): Jeżeli pan przysłuchiwał się kiedykolwiek uważnie, co jest trudne, obradom panów posłów, to musiał pan dostrzec, że pan poseł chce być nadinżynierem, nadkonduktorem, nadlekarzem, nadprawnikiem, nadagronomem, nadrządem, nadprezydentem — i szuka, że tak powiem, swojej chwały w bredzeniu tak, że uszy więdną.
Maj z nosem w książkach
27 maj 2009
Maj 2009 należy zaliczyć do wyjątkowo płodnych pamiętnikarsko miesięcy, jeśli spojrzeć na archiwum tegorocznych wpisów. Niepokoi mnie to z jednego powodu: miast z przyjemnością klepać w klawiaturę, powinienem ślęczeć nad opasłymi podręcznikami do historii. Do egzaminów tymczasem przygotowuję się leniwie, jakby dopięcie czwartego roku studiów było czystą formalnością. A tak nie jest.
Ten miesiąc jest również bogaty pod względem literackim. Poświęcam uwagę malowniczym i niespokojnym Maráiemu oraz Jüngerowi; na biurku spoczywają Dziedzictwo Esthery węgierskiego pisarza oraz Niebezpieczne Spotkanie – w obu przypadkach Czytelnik, jak niespieszny przechodzień, obserwuje przyrodę i łączy ją z losami bohaterów. „Dzisiejszej” prozie brakuje tego rodzaju skupienia, nierozerwalności człowieka i natury, które zastępuje się egocentrystycznymi wycieczkami autorów książek w krainę chaosu. Znaki upadku kultury zauważa Márai również w Dziennikach, wspomnieniach po brzegi wypełnionych nostalgią i zapowiedzią klęski (którą sam autor przeżywa w wieku 89 lat, strzelając sobie z pistoletu w głowę). W rzeczywistość pesymizmu wprowadza mnie Cioran, kiedy przekładam karty Samotności i przeznaczenia; gdy odkładam tę aforystyczną biblię nihilistów na biurko, odczuwam tylko zwątpienie w sens istnienia czegokolwiek. Cioran powiada, że „historia jest śmiechem szaleńca”; rozumieć tę prawdę zdaje się Twardoch, który Obłędem rotmistrza von Egern i Zimnymi Wybrzeżami sensacyjnie wnika w historię i przywraca jej brutalny, rewolucyjny wymiar, ucieka od mitologicznego patosu, wręcz bezwzględnie patroszy „prawa człowieka” i inne wymysły współczesności. Nieśmiało wygraża światu M. Jastrun, a dokładniej jego artystycznej stronie, zgarbiony nad wspomnieniami z powojennej rzeczywistości. W Dziennikach i wspomnieniach przypomina, już nieruchomy, przykryty grobową płytą, że pisanie to sztuka bolesna i apokaliptyczna, co tylko autor stworzy jest bowiem skazane na autozagładę. Kosik zabiera mnie w międzygalaktyczną podróż, a potem rzuca w ludzką cywilizację, która stoi na progu revolutio. W dość ograniczony sposób tłumaczy mechanizm przemian – porównuję jego Kameleona do twardochowej prozy (bo rzecz również sięga w naszą przeszłość), po chwili stwierdzając, że Ślązak nie ma sobie równych. Kosik ambitnie porusza poważny problem, ale nadaje swojej kreacji łagodny, płytki wymiar. Losy bohaterów są mi obojętne, ich dylematy nieprzewidywalne i przez to zaskakująco niezrozumiałe; powieść jest przydługa, niekiedy nużąca, napisana językiem prostym (co nie jest wadą), zdecydowanie odstaje od wspaniałego Verticala tegoż samego autora. Ponadto, zajmuję umysł Dziejami sejmu polskiego, Społeczeństwem polskim X-XX wieku oraz Konstytucjami Polski – już z bardziej praktycznych (naukowych) pobudek.
Zapiski z krótkiej podróży
25 maj 2009
Aby zrozumieć różnicę pomiędzy małym miastem, a dużym, trzeba urodzić się na prowincji, a potem zakosztować życia w metropolii. W świętokrzyskim centrum wskazówki zegara zastygają na długie godziny, głuche ulice oplatają skąpane w słońcu bloki mieszkalne, słychać szum wiatru w zielonych już, majowych, gałęziach drzew. To miasto spacerowiczów, zwłaszcza tych posiadających domowe zwierzęta – psy, koty – leniwie snujących się po krzywych chodnikach. Od czasu do czasu jakiś szatan za kółkiem zmąci tę atmosferę warkotem silnika, kiedy opony samochodu zagrzeją podziurawiony w wielu miejscach asfalt. Gdybym miał jednym słowem określić Kielce, użyłbym słowa „uśpione”. Nieruchome za dnia, a nocą przestają w ogóle istnieć: tylko gęste chmury i pajęczyny gwiazd, tysiące mrugających oczu, zawieszone nad światem.
Społeczność tego regionu snu, najwyżej plasującego się w Polsce pod względem bezrobocia, jest trudna do sklasyfikowania. Jednak już na starcie rysuje się podział na tych, którzy chcą zostać i prowadzić leniwy żywot spacerowiczów, oraz tych, których Bóg przydzielił do niewłaściwego kręgu mikrokulturowego. Do ostatnich należało by z pewnością zaklasyfikować niżej podpisanego. Lecz nawet opuszczający ziemie Świętego Krzyża odczuwają po jakimś czasie tęsknotę, specyficzną dla urodzonych na prowincji, być może wywodzącą się z kompleksu nazywanego „małomiasteczkowością”. Ową nostalgię charakteryzuje początkowa niechęć dla własnej małej ojczyzny, która w przyszłości przeobraża się w gloryfikację. „Oto, tu się właśnie urodziłem, tu dorastałem, te ziemie zamieszkiwali moi przodkowie, byli zubożałą szlachtą albo chłopami, uprawiali ziemię, dlatego zawsze pozostanie w moim sercu”. A teraz ja uprawiam, tyle że ten patos, zawsze, kiedy słyszę za oknem nieustający ryk samochodów, jak z toru formuły jeden. A jednocześnie zaczynam nienawidzić miejsca, od których pragnąłem uciec. Znajome uliczki wciąż jeszcze trwale rysują się w pamięci, ale wiem, że już do nich nie należę; nie spaceruję więc po Kielcach tu i teraz, ale w przeszłości, do której wstęp staje się coraz bardziej ograniczony przez nowe przyzwyczajenia.
Ludzie umierają. Ta banalna i fenomenalna zarazem prawda oplata moje myśli nieustannie, gdy wracam na te parę godzin/dni w rodzinne strony. W każdej sekundzie jesteśmy coraz bliżej końca. Zmarszczki na twarzy dziadka pogłębiają się, na czole i zmęczonych latami pracy dłoniach pojawiają się nowe plamy wątrobowe. Pamięć szwankuje, słowa gubią się, niewypowiedziane, zastąpione przez milczenie lub smutne spojrzenie zawieszone w przestrzeni zieleni za oknem. Po prawie siedemdziesięciu latach człowiek zdaje sobie sprawę, jak niewiele mu zostało: kawa, gazeta, spacer do lasu po źródlaną wodę, wilgotny zapach piwnicy, gdzie czekają na otwarcie wypełnione wydestylowanym alkoholem butelki. Tylko przy stole, wokół którego stłoczeni przesiadujemy celebrując kolejną uroczystość, czas zostawiony za plecami przestaje odgrywać znaczenie, znikają troski, a duszę wypełnia czysta radość istnienia. Jesteśmy rodziną. Grupą osób rzuconych przez los w tym akurat momencie w duszne pomieszczenie, którym gorące, majowe popołudnie zwilża ciemnymi plamami potu koszule, a te z kolei ledwo utrzymują wydęte licznymi potrawami brzuchy. I rozmowa, której treść jest na dobrą sprawę nieistotna, lecz dociskająca poluzowany supeł pokrewieństwa. Takie dni przypominają, że człowiek nie przeciska się na świat przez zupełny przypadek, ale po to, by nauczyć się, jak zacieśniać więzi.
*
Podróż z Kielc do Warszawy trwa ponad trzy godziny. Za oknem pociągu gubię morze trawy, które od czasu do czasu przesłania las. Promienie słońca sprawiają, że sucha okolica mieni się barwami złota i zieleni. Po jakimś czasie pojawiają się pierwsze, karłowate szczyty Gór Świętokrzyskich. W pierwszej połowie lat czterdziestych dwudziestego wieku formowały się tutaj leśne oddziały partyzanckie eneszetu, Bohun organizował praktycznie nieuzbrojonych żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej do walki z Sowietami oraz Niemcami, by po miesiącach walk opuścić Świętokrzyskie i ruszyć w kierunku Czechosłowacji. Mój przodek, organista w kościele świętej Rozalii w Zagnańsku, ukrywał w piwnicy swego domu sztandar powstańców styczniowych. Gdzieś w lasach Zachełmia ginął od sowieckiej albo niemieckiej kuli „leśny bandyta”, został po nim tylko drewniany krzyż przy piaszczystej dróżce.
To wszystko zostawia ślad w osobowości. Przestroga, jak ostrzegawczy palec ojca o surowym obliczu: „Nie zapomnij, synu. Nie zapomnij”.
*
Powrót do domu, któremu towarzyszy lektura „Dzienników i wspomnień” Jastruna. Ten skomunizowany przez PPR, a potem PZPR, artysta powiada słusznie: Oto właśnie twój teren – mazowiecki, małopolski, śląski, mazurski, pomorski… Pofałdowany, odbijający w jeziorach i w oczach ludzkich niebo, piaszczysty i leśny, dymiący kominami fabryk, trzęsący się od łoskotu pociągów, rozpalony od żaru hut. Pod niebem, które zapowiada poranek pogodny, lecz dla każdego z tych ludzi pełen znaków zapytania i niedopowiedzeń, od których nie może być wolne niczyje życie, rozpoczyna się jeden z powszednich dni pracy – także dla ciebie, pisarzu. Wiem, że praca twoja jest nieludzko trudna, bolesna, niewdzięczna, bo nigdy nie możesz być pewny jej wyniku. Wiem, że to, co napisałeś i wydrukowałeś, umarło już w tobie. Że patrzysz na swoje wczorajsze książki, jak na ubiory osoby niegdyś drogiej, która umarła. Wiem, że ożywia cię nowa nadzieja z nową wiosną i rozmyślasz już o nowym dziele. Wiem, że masz serce szalone, jakby kto włożył w nie ogień, wykradziony niebu. Nie pozwól mu wygasnąć.
Nil
22 maj 2009
Nil jest filmem przełomowym o tyle, że przez ostatnie dwadzieścia lat niewiele poświęcano w mediach uwagi żołnierzom wyklętym. Po premierze dzieła Bugajskiego temat podchwyciły redakcje pism, a polska publiczna stacja telewizyjna wyprodukowała nawet film dokumentalny o “leśnych partyzantach”. Wcześniej, po roku 1989, temat praktycznie nie istniał w opinii publicznej. Przez prawie pół wieku istnienia komunistycznej publicystyki “naukowej” zupełnie pomijano działalność enkawudzistów lub fałszowano historię (np. przypisany Niemcom Katyń). Najwięcej czasu poświęcano zbrodniarzom hitlerowskim i komorom gazowym w Auschwitz. (filmy Kanał, Hubal, wszelakie dokumentacje obozów koncentracyjnych itd.)
Jednak transformacja ustrojowa pozwoliła odkurzyć karty historii. Wielu zamordowanych przez sługusów Stalina “bandytów” i “faszystów” zostało zrehabilitowanych, na pomniki przywrócono działaczy polskiego podziemia zbrojnego, walczących przeciwko wschodniemu okupantowi. Nie tak dawno ujrzał światło dzienne dobry “Katyń”, w którym kwestia kształtowania się nowej, sowieckiej, władzy w Polsce została dość obszernie poruszona. W odróżnieniu jednak od filmu Wajdy, “Nil” głębiej nurkuje w powojenną rzeczywistość. Unaocznia dylematy, które nie zostały przedstawione znacząco w pierwszym filmie: jak żołnierz winien reagować w obliczu sowietyzacji? Utrzymana została w obrazie komunistyczna propaganda, surowy klimat wojenny, dwulicowość pezetpeerowskich działaczy oraz bezwzględność enkawudzistów i ubecji. “Nil” nie jest tak brutalny jak “Katyń” (zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę ostatnią scenę dzieła Wajdy), ustępuje również pod względem wydźwięku emocjonalnego, ale rysuje niewidoczną u Wajdy postawę żołnierza nieugiętego wobec dziecka pekawuenu. To tylko tyle i aż tyle – w czasach obecnych często zapomina się, że bolszewizm był w rezultacie dla nas bardziej katastrofalny niż niemiecki socjalizm. Uważny widz dostrzeże “niuanse” historyczne, na które Bugajski położył też akcent: duża rola Żydów w procesie kształtowania się nowej władzy, antysemickie wycieczki jako pozostałość po prawicy nacjonalistycznej z dwudziestolecia międzywojennego, oczekiwanie na trzecią wojnę światową – i tak dalej.
“Nil” został przez niektórych okrzyknięty najbardziej znaczącym filmem historycznym ostatnich dwudziestu lat wolności. Daleko mi do takiej opinii. Byłbym uszczęśliwiony, gdyby za jednym zamachem przedstawiono całe reakcyjne podziemie, wliczając w to dość problematycznych w ocenie eneszetowców i bechów. W przypadku “Nila”, po raz kolejny gloryfikowany jest kedyw, przy czym, kiedy minęło ponad sześćdziesiąt lat od zakończenia wojny, obraz powojennej rzeczywistości winien mieć Polak szerszy. Tylko wtedy będzie można zrozumieć w pełni, jak dramatycznym i odważnym przeżyciem była walka z nowym okupantem.
Warszawskie życie (wpis chaotyczny)
19 maj 2009
Deszczowa sobota. Od rana niebo zasnute bałwanami ciemnoszarych chmur, więc tylko kwestią czasu było pojawienie się ulewy. Wsparty na balustradzie, oglądam niszczony tym potężnym żywiołem świat. Miasto, zwykle ruchliwe i hałaśliwe, teraz chowa uszy po sobie. Rzęsisty deszcz ogranicza widoczność. Ulice połyskują, a w gęstym powietrzu unosi się charakterystyczny zapach mokrej ziemi i liści. Świat umiera na moich oczach, by po godzinie, kiedy ulewa zmienia się w mrzawkę, doświadczyć reinkarnacji. Deszcz przynosi oczyszczenie. Dla brudnych ulic, dla ludzi.
W autobusie. Niezwykła moc ziemskiego arfefaktu – bukietu fiołków. Wstawiony mężczyzna, prosty w obyciu, lekko czerwony na twarzy zaznaczonej wałęsowskim wąsem, zagaja do skromnej zakonnicy, która nieśmiało po chwili zwraca mężczyźnie uwagę: “Piękne pan ma te fiołki”. – Ależ, proszę bardzo, niech siostra weźmie. – Wręcza zakłopotanej bukiecik. Po chwili wysiada z autobusu i chwiejnym krokiem zmierza Bóg wie dokąd. W tym samym momencie do pojazdu wjeżdża wózek, z którego przez kolorowe okulary patrzy na świat upośledzony chłopiec. Zerka z poważną miną na twarz ojca, mocno ściska matczyną dłoń. W pewnym momencie spojrzenie malca spotyka się ze wzrokiem zakonnicy. Kobieta wyciąga dłoń, w której tkwi bukiecik fiołków: – Masz kwiatuszki. – Chłopiec bez wyczucia chwyta prezent, niepewnie spogląda na tę dziwną rzecz, która pojawiła się w jego malutkim świecie. Nagle wyszczerza zęby w beztroskim uśmiechu.
Artefakty życia codziennego.
*
Metro, stacja Centrum. Codzienność ma tutaj postać wylewającego się ze szczelin miasta tłumu. Powietrze ciężkie i trudne do zniesienia, temperatura trudna do zdefiniowania, za zimno na krótki rękaw, za gorąco na długi. Zapowiada się na deszcz. Młodzi ludzie ze stosem ulotek wyciągają beznadziejnie ręce w stronę przechodniów. A nuż, ktoś weźmie. Tym razem, ulotkarzy więcej niż zazwyczaj. Zbliżają się wybory do europarlamentu, władza musi więc walczyć o poparcie motłochu. To jest właśnie demokracja: elity, które interesy prostych ludzi, prostych Warszawian mają za nic, pokornie proszą o wsparcie. Żyjemy w politycznej iluzji. Po tej krótkiej chwili euforii, kiedy władza zstępuje na parter, by zbliżyć się do śmierdzącego ludu, wszystko wróci do normy: naród znów przestanie być potrzebny. Na kolejne cztery lata przestanie istnieć.
*
Wieczorem, do poduszki: Cioran i życie wewnętrzne. Trudno nie zgodzić się, że w dzisiejszych czasach, kiedy kultura przestaje istnieć, ludzie przestają szukać. W pogoni za sukcesem, trudno o dogłębne zrozumienie naszego istnienia. Tymczasem, ten rumuński intelektualista, człowiek nędzy i rozpaczy, dochodzi do prawdy poprzez akceptację swojego upadku. Stwierdza rzecz oczywistą: dawniej, człowiek przeżywał życie, dziś nieustannie gubi się w alternatywach. Tymczasem, tylko uporządkowane życie czyni jednostkę niepowtarzalną.
Staram się zrozumieć człowieka, który zmienia swoją płeć. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu czuje się kobietą, mimo że z łona matki wyszedł mężczyzną. Prosi tytułować się per “pani”, choć nie tak dawno dla wszystkich był zwyczajnym Kowalskim. Patrzę na nią/niego, a w głowie rozbrzmiewają mi słowa mojego ulubionego Rumuna: Współczesny styl życia, w przeciwieństwie do dawniejszych, przesycony jest w swych najistotniejszych elementach duchem bezrobocia (…) Żródłem anarchii jest dezintegracja, czyli to właśnie, co określa życie bezrobotnego.
Pisać czy nie pisać?
15 maj 2009
Pisanie nie jest sztuką, w przeciwieństwie do tego, co mawiają niektórzy artyści. W tej kwestii połowicznie zgadzam się z Kresem, który ma pisanie za rzemiosło: pisarz służy Czytelnikowi piórem, zdania winny być zrozumiałe, pozbawione wydumanych metafor, które tylko autor jest w stanie pojąć rozumem. I choć nie jestem w tym względzie autorytetem, a jedynie uczniem, mogę z całą pewnością dodać, że pisanie bywa często cholerną męczarnią. Mówi się: “jeśli lubisz pisać, pisz, jeśli się przy tym męczysz, to nic nie stoi na przeszkodzie, by zrezygnować z pisania”. Tyle o grafomanii. Ale jest też inny rodzaj blokady twórczej – pojawia się w nieoczekiwanym momencie, zakleszcza sfrustrowanego autora w głupim zdaniu, pomiędzy niepasującymi do siebie podmiotem i orzeczeniem.
Pisanie staje się sztuką dopiero w momencie, gdy gotowe opowiadanie lub powieść poddane zostaną publikacji, położą się na półce w księgarni i szczęśliwym zrządzeniem losu trafią w ręce Czytelnika. Zanim to jednak nastąpi, autor, ślęcząc nad brudnopisem, musi przebyć ciężką i długą drogę, napotykając po częstokroć przeszkodę niemocy twórczej. Jeśli styl pisania autora nie szwankuje, ten umiejętnie potrafi wybrnąć z krytycznych sytuacji, czyli ogólnie mówiąc pióro ma “wyrobione”, tym lepiej dla niego. Gorzej, jeśli autor jest początkujący. Niejednokrotnie zastanawia się, czy to płodzi na klawiaturze jest choćby w jednej dziesiątej tak dobre, jak zakładał, rozważa w myślach rzucenie tego cholerstwa w diabły…
Z pomocą, jak nadzieja dla samobójcy, przychodzą słowa Neila Gaimana, który mówi: “Pisanie to układanie słów. Cegiełka po cegiełce. Jeśli masz wątpliwości, czy to, co napisałeś ma sens, musisz zrobić następującą rzecz: pisać dalej. Na tym to właśnie polega”.

