Zapiski z krótkiej podróży
25 maj 2009
Aby zrozumieć różnicę pomiędzy małym miastem, a dużym, trzeba urodzić się na prowincji, a potem zakosztować życia w metropolii. W świętokrzyskim centrum wskazówki zegara zastygają na długie godziny, głuche ulice oplatają skąpane w słońcu bloki mieszkalne, słychać szum wiatru w zielonych już, majowych, gałęziach drzew. To miasto spacerowiczów, zwłaszcza tych posiadających domowe zwierzęta – psy, koty – leniwie snujących się po krzywych chodnikach. Od czasu do czasu jakiś szatan za kółkiem zmąci tę atmosferę warkotem silnika, kiedy opony samochodu zagrzeją podziurawiony w wielu miejscach asfalt. Gdybym miał jednym słowem określić Kielce, użyłbym słowa „uśpione”. Nieruchome za dnia, a nocą przestają w ogóle istnieć: tylko gęste chmury i pajęczyny gwiazd, tysiące mrugających oczu, zawieszone nad światem.
Społeczność tego regionu snu, najwyżej plasującego się w Polsce pod względem bezrobocia, jest trudna do sklasyfikowania. Jednak już na starcie rysuje się podział na tych, którzy chcą zostać i prowadzić leniwy żywot spacerowiczów, oraz tych, których Bóg przydzielił do niewłaściwego kręgu mikrokulturowego. Do ostatnich należało by z pewnością zaklasyfikować niżej podpisanego. Lecz nawet opuszczający ziemie Świętego Krzyża odczuwają po jakimś czasie tęsknotę, specyficzną dla urodzonych na prowincji, być może wywodzącą się z kompleksu nazywanego „małomiasteczkowością”. Ową nostalgię charakteryzuje początkowa niechęć dla własnej małej ojczyzny, która w przyszłości przeobraża się w gloryfikację. „Oto, tu się właśnie urodziłem, tu dorastałem, te ziemie zamieszkiwali moi przodkowie, byli zubożałą szlachtą albo chłopami, uprawiali ziemię, dlatego zawsze pozostanie w moim sercu”. A teraz ja uprawiam, tyle że ten patos, zawsze, kiedy słyszę za oknem nieustający ryk samochodów, jak z toru formuły jeden. A jednocześnie zaczynam nienawidzić miejsca, od których pragnąłem uciec. Znajome uliczki wciąż jeszcze trwale rysują się w pamięci, ale wiem, że już do nich nie należę; nie spaceruję więc po Kielcach tu i teraz, ale w przeszłości, do której wstęp staje się coraz bardziej ograniczony przez nowe przyzwyczajenia.
Ludzie umierają. Ta banalna i fenomenalna zarazem prawda oplata moje myśli nieustannie, gdy wracam na te parę godzin/dni w rodzinne strony. W każdej sekundzie jesteśmy coraz bliżej końca. Zmarszczki na twarzy dziadka pogłębiają się, na czole i zmęczonych latami pracy dłoniach pojawiają się nowe plamy wątrobowe. Pamięć szwankuje, słowa gubią się, niewypowiedziane, zastąpione przez milczenie lub smutne spojrzenie zawieszone w przestrzeni zieleni za oknem. Po prawie siedemdziesięciu latach człowiek zdaje sobie sprawę, jak niewiele mu zostało: kawa, gazeta, spacer do lasu po źródlaną wodę, wilgotny zapach piwnicy, gdzie czekają na otwarcie wypełnione wydestylowanym alkoholem butelki. Tylko przy stole, wokół którego stłoczeni przesiadujemy celebrując kolejną uroczystość, czas zostawiony za plecami przestaje odgrywać znaczenie, znikają troski, a duszę wypełnia czysta radość istnienia. Jesteśmy rodziną. Grupą osób rzuconych przez los w tym akurat momencie w duszne pomieszczenie, którym gorące, majowe popołudnie zwilża ciemnymi plamami potu koszule, a te z kolei ledwo utrzymują wydęte licznymi potrawami brzuchy. I rozmowa, której treść jest na dobrą sprawę nieistotna, lecz dociskająca poluzowany supeł pokrewieństwa. Takie dni przypominają, że człowiek nie przeciska się na świat przez zupełny przypadek, ale po to, by nauczyć się, jak zacieśniać więzi.
*
Podróż z Kielc do Warszawy trwa ponad trzy godziny. Za oknem pociągu gubię morze trawy, które od czasu do czasu przesłania las. Promienie słońca sprawiają, że sucha okolica mieni się barwami złota i zieleni. Po jakimś czasie pojawiają się pierwsze, karłowate szczyty Gór Świętokrzyskich. W pierwszej połowie lat czterdziestych dwudziestego wieku formowały się tutaj leśne oddziały partyzanckie eneszetu, Bohun organizował praktycznie nieuzbrojonych żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej do walki z Sowietami oraz Niemcami, by po miesiącach walk opuścić Świętokrzyskie i ruszyć w kierunku Czechosłowacji. Mój przodek, organista w kościele świętej Rozalii w Zagnańsku, ukrywał w piwnicy swego domu sztandar powstańców styczniowych. Gdzieś w lasach Zachełmia ginął od sowieckiej albo niemieckiej kuli „leśny bandyta”, został po nim tylko drewniany krzyż przy piaszczystej dróżce.
To wszystko zostawia ślad w osobowości. Przestroga, jak ostrzegawczy palec ojca o surowym obliczu: „Nie zapomnij, synu. Nie zapomnij”.
*
Powrót do domu, któremu towarzyszy lektura „Dzienników i wspomnień” Jastruna. Ten skomunizowany przez PPR, a potem PZPR, artysta powiada słusznie: Oto właśnie twój teren – mazowiecki, małopolski, śląski, mazurski, pomorski… Pofałdowany, odbijający w jeziorach i w oczach ludzkich niebo, piaszczysty i leśny, dymiący kominami fabryk, trzęsący się od łoskotu pociągów, rozpalony od żaru hut. Pod niebem, które zapowiada poranek pogodny, lecz dla każdego z tych ludzi pełen znaków zapytania i niedopowiedzeń, od których nie może być wolne niczyje życie, rozpoczyna się jeden z powszednich dni pracy – także dla ciebie, pisarzu. Wiem, że praca twoja jest nieludzko trudna, bolesna, niewdzięczna, bo nigdy nie możesz być pewny jej wyniku. Wiem, że to, co napisałeś i wydrukowałeś, umarło już w tobie. Że patrzysz na swoje wczorajsze książki, jak na ubiory osoby niegdyś drogiej, która umarła. Wiem, że ożywia cię nowa nadzieja z nową wiosną i rozmyślasz już o nowym dziele. Wiem, że masz serce szalone, jakby kto włożył w nie ogień, wykradziony niebu. Nie pozwól mu wygasnąć.

25 maj 2009 at 19:05
Dobry… wpis.
od Autora: Na tym blogu porządek stanowi żelazna pięść Imperium. Ministerstwo Propagandy i Cenzury jednocześnie zapowiada restrykcje w razie pojawienia się kolejnych, krótkich komentarzy. Spamowych, zachodnich imperialistów dosięgnie sprawiedliwość!