Maj z nosem w książkach
27 maj 2009
Maj 2009 należy zaliczyć do wyjątkowo płodnych pamiętnikarsko miesięcy, jeśli spojrzeć na archiwum tegorocznych wpisów. Niepokoi mnie to z jednego powodu: miast z przyjemnością klepać w klawiaturę, powinienem ślęczeć nad opasłymi podręcznikami do historii. Do egzaminów tymczasem przygotowuję się leniwie, jakby dopięcie czwartego roku studiów było czystą formalnością. A tak nie jest.
Ten miesiąc jest również bogaty pod względem literackim. Poświęcam uwagę malowniczym i niespokojnym Maráiemu oraz Jüngerowi; na biurku spoczywają Dziedzictwo Esthery węgierskiego pisarza oraz Niebezpieczne Spotkanie – w obu przypadkach Czytelnik, jak niespieszny przechodzień, obserwuje przyrodę i łączy ją z losami bohaterów. „Dzisiejszej” prozie brakuje tego rodzaju skupienia, nierozerwalności człowieka i natury, które zastępuje się egocentrystycznymi wycieczkami autorów książek w krainę chaosu. Znaki upadku kultury zauważa Márai również w Dziennikach, wspomnieniach po brzegi wypełnionych nostalgią i zapowiedzią klęski (którą sam autor przeżywa w wieku 89 lat, strzelając sobie z pistoletu w głowę). W rzeczywistość pesymizmu wprowadza mnie Cioran, kiedy przekładam karty Samotności i przeznaczenia; gdy odkładam tę aforystyczną biblię nihilistów na biurko, odczuwam tylko zwątpienie w sens istnienia czegokolwiek. Cioran powiada, że „historia jest śmiechem szaleńca”; rozumieć tę prawdę zdaje się Twardoch, który Obłędem rotmistrza von Egern i Zimnymi Wybrzeżami sensacyjnie wnika w historię i przywraca jej brutalny, rewolucyjny wymiar, ucieka od mitologicznego patosu, wręcz bezwzględnie patroszy „prawa człowieka” i inne wymysły współczesności. Nieśmiało wygraża światu M. Jastrun, a dokładniej jego artystycznej stronie, zgarbiony nad wspomnieniami z powojennej rzeczywistości. W Dziennikach i wspomnieniach przypomina, już nieruchomy, przykryty grobową płytą, że pisanie to sztuka bolesna i apokaliptyczna, co tylko autor stworzy jest bowiem skazane na autozagładę. Kosik zabiera mnie w międzygalaktyczną podróż, a potem rzuca w ludzką cywilizację, która stoi na progu revolutio. W dość ograniczony sposób tłumaczy mechanizm przemian – porównuję jego Kameleona do twardochowej prozy (bo rzecz również sięga w naszą przeszłość), po chwili stwierdzając, że Ślązak nie ma sobie równych. Kosik ambitnie porusza poważny problem, ale nadaje swojej kreacji łagodny, płytki wymiar. Losy bohaterów są mi obojętne, ich dylematy nieprzewidywalne i przez to zaskakująco niezrozumiałe; powieść jest przydługa, niekiedy nużąca, napisana językiem prostym (co nie jest wadą), zdecydowanie odstaje od wspaniałego Verticala tegoż samego autora. Ponadto, zajmuję umysł Dziejami sejmu polskiego, Społeczeństwem polskim X-XX wieku oraz Konstytucjami Polski – już z bardziej praktycznych (naukowych) pobudek.
