Final frontier

22 czerwiec 2009

Przeglądam Internet, czytam recenzje nowej odsłony Star Treka. Negatywnych komentarzy mało, co cieszy, ale niejednokrotnie spotykam ogólnikowe stwierdzenia w rodzaju “może być, ale nie musi”. Niektórzy narzekają na postaci Spocka i Kirka – pierwszy, jakoby zupełnie odstawał od pierwowzoru w wykonaniu Nimoy’a, drugi jawi się jako typowy amerykański bohater kina akcji, nieustraszony kowboj wystrzelony w przestrzeń kosmosu. Tymczasem, w nowym Star Treku J.J. Abramsa (Lost, Project:Monster) dzieje się rzecz zupełnie odwrotna niż w przypadku nowych części Star Wars: reżyser nie spartolił sprawy.

Banalnie powiedziane… Długo można by mówić o tym, jak bardzo Star Trek XI przypomina pierwszą odsłonę gwiezdnych podróżników, The Original Series z końca lat sześćdziesiątych. Spock pozostał tym samym Spockiem – istotą, która przeżywa wewnętrzną walkę z emocjami (niczym postać grana przez Bale’a w Equilibrium). Abrams poszedł zresztą trochę dalej, i dobrze, położył bowiem nacisk na przeżycia wewnętrzne głównych postaci. Nie pozbawił Spocka specyficznego poczucia humoru, nie pozbawił też go Jamesa T. Kirka – kapitan U.S.S. Enterprise wciąż jest “macho”, nie dysponuje co prawda cudownym stylem walki Williama Shatnera (1, 2, 3, 4) ale nadal nie przebiera w środkach, jest postacią dominującą i sprawiedliwą zarazem, zupełnie jak stary dobry Kirk w obcisłych gatkach.

Leave a Reply