Warszawskie życie (wpis chaotyczny)
19 maj 2009
Deszczowa sobota. Od rana niebo zasnute bałwanami ciemnoszarych chmur, więc tylko kwestią czasu było pojawienie się ulewy. Wsparty na balustradzie, oglądam niszczony tym potężnym żywiołem świat. Miasto, zwykle ruchliwe i hałaśliwe, teraz chowa uszy po sobie. Rzęsisty deszcz ogranicza widoczność. Ulice połyskują, a w gęstym powietrzu unosi się charakterystyczny zapach mokrej ziemi i liści. Świat umiera na moich oczach, by po godzinie, kiedy ulewa zmienia się w mrzawkę, doświadczyć reinkarnacji. Deszcz przynosi oczyszczenie. Dla brudnych ulic, dla ludzi.
W autobusie. Niezwykła moc ziemskiego arfefaktu – bukietu fiołków. Wstawiony mężczyzna, prosty w obyciu, lekko czerwony na twarzy zaznaczonej wałęsowskim wąsem, zagaja do skromnej zakonnicy, która nieśmiało po chwili zwraca mężczyźnie uwagę: “Piękne pan ma te fiołki”. – Ależ, proszę bardzo, niech siostra weźmie. – Wręcza zakłopotanej bukiecik. Po chwili wysiada z autobusu i chwiejnym krokiem zmierza Bóg wie dokąd. W tym samym momencie do pojazdu wjeżdża wózek, z którego przez kolorowe okulary patrzy na świat upośledzony chłopiec. Zerka z poważną miną na twarz ojca, mocno ściska matczyną dłoń. W pewnym momencie spojrzenie malca spotyka się ze wzrokiem zakonnicy. Kobieta wyciąga dłoń, w której tkwi bukiecik fiołków: – Masz kwiatuszki. – Chłopiec bez wyczucia chwyta prezent, niepewnie spogląda na tę dziwną rzecz, która pojawiła się w jego malutkim świecie. Nagle wyszczerza zęby w beztroskim uśmiechu.
Artefakty życia codziennego.
*
Metro, stacja Centrum. Codzienność ma tutaj postać wylewającego się ze szczelin miasta tłumu. Powietrze ciężkie i trudne do zniesienia, temperatura trudna do zdefiniowania, za zimno na krótki rękaw, za gorąco na długi. Zapowiada się na deszcz. Młodzi ludzie ze stosem ulotek wyciągają beznadziejnie ręce w stronę przechodniów. A nuż, ktoś weźmie. Tym razem, ulotkarzy więcej niż zazwyczaj. Zbliżają się wybory do europarlamentu, władza musi więc walczyć o poparcie motłochu. To jest właśnie demokracja: elity, które interesy prostych ludzi, prostych Warszawian mają za nic, pokornie proszą o wsparcie. Żyjemy w politycznej iluzji. Po tej krótkiej chwili euforii, kiedy władza zstępuje na parter, by zbliżyć się do śmierdzącego ludu, wszystko wróci do normy: naród znów przestanie być potrzebny. Na kolejne cztery lata przestanie istnieć.
*
Wieczorem, do poduszki: Cioran i życie wewnętrzne. Trudno nie zgodzić się, że w dzisiejszych czasach, kiedy kultura przestaje istnieć, ludzie przestają szukać. W pogoni za sukcesem, trudno o dogłębne zrozumienie naszego istnienia. Tymczasem, ten rumuński intelektualista, człowiek nędzy i rozpaczy, dochodzi do prawdy poprzez akceptację swojego upadku. Stwierdza rzecz oczywistą: dawniej, człowiek przeżywał życie, dziś nieustannie gubi się w alternatywach. Tymczasem, tylko uporządkowane życie czyni jednostkę niepowtarzalną.
Staram się zrozumieć człowieka, który zmienia swoją płeć. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu czuje się kobietą, mimo że z łona matki wyszedł mężczyzną. Prosi tytułować się per “pani”, choć nie tak dawno dla wszystkich był zwyczajnym Kowalskim. Patrzę na nią/niego, a w głowie rozbrzmiewają mi słowa mojego ulubionego Rumuna: Współczesny styl życia, w przeciwieństwie do dawniejszych, przesycony jest w swych najistotniejszych elementach duchem bezrobocia (…) Żródłem anarchii jest dezintegracja, czyli to właśnie, co określa życie bezrobotnego.
Pisać czy nie pisać?
15 maj 2009
Pisanie nie jest sztuką, w przeciwieństwie do tego, co mawiają niektórzy artyści. W tej kwestii połowicznie zgadzam się z Kresem, który ma pisanie za rzemiosło: pisarz służy Czytelnikowi piórem, zdania winny być zrozumiałe, pozbawione wydumanych metafor, które tylko autor jest w stanie pojąć rozumem. I choć nie jestem w tym względzie autorytetem, a jedynie uczniem, mogę z całą pewnością dodać, że pisanie bywa często cholerną męczarnią. Mówi się: “jeśli lubisz pisać, pisz, jeśli się przy tym męczysz, to nic nie stoi na przeszkodzie, by zrezygnować z pisania”. Tyle o grafomanii. Ale jest też inny rodzaj blokady twórczej – pojawia się w nieoczekiwanym momencie, zakleszcza sfrustrowanego autora w głupim zdaniu, pomiędzy niepasującymi do siebie podmiotem i orzeczeniem.
Pisanie staje się sztuką dopiero w momencie, gdy gotowe opowiadanie lub powieść poddane zostaną publikacji, położą się na półce w księgarni i szczęśliwym zrządzeniem losu trafią w ręce Czytelnika. Zanim to jednak nastąpi, autor, ślęcząc nad brudnopisem, musi przebyć ciężką i długą drogę, napotykając po częstokroć przeszkodę niemocy twórczej. Jeśli styl pisania autora nie szwankuje, ten umiejętnie potrafi wybrnąć z krytycznych sytuacji, czyli ogólnie mówiąc pióro ma “wyrobione”, tym lepiej dla niego. Gorzej, jeśli autor jest początkujący. Niejednokrotnie zastanawia się, czy to płodzi na klawiaturze jest choćby w jednej dziesiątej tak dobre, jak zakładał, rozważa w myślach rzucenie tego cholerstwa w diabły…
Z pomocą, jak nadzieja dla samobójcy, przychodzą słowa Neila Gaimana, który mówi: “Pisanie to układanie słów. Cegiełka po cegiełce. Jeśli masz wątpliwości, czy to, co napisałeś ma sens, musisz zrobić następującą rzecz: pisać dalej. Na tym to właśnie polega”.
Fenomen księdza
10 maj 2009
“(…) Na latarni konał ksiądz, który nie prowadził czystego życia. Dotykał hostii dłońmi, które wcześniej pieściły ciała sprzedajnych kobiet. Często wymykał się wieczorami i zachodził do zamtuzów; uwodził mężatki i zakonnice, nie gardził młódkami. Mógł ocalić życie, kopulując na oczach gawiedzi z pijaną dziwką. Akt niewątpliwie upokarzający, ale czyż nie lepszy od liny zaciskającej się na grdyce? Mógł uznać to za boską karę za swoje czyny, pokutę przez publiczne upokorzenie. Jednak wybrał śmierć. Czasem mierne charaktery okazują wielkość w obliczu sytuacji ekstremalnych. Niektórzy swoje człowieczeństwo budują mozolnie, powoli, poprzez małe wybory w małych sytuacjach. Inni, wcześniej plugawi, dotykają absolutu i zdobywają dla siebie niebo jedną, bohaterską decyzją. Erupcje okrucieństwa wyostrzają charaktery. Pozwalają dokonać wielkich podłości, to pewne, lecz i aktów wielkiego heroizmu, które nie mieszczą się w codzienności. Tak oto rewolucjoniści, pragnący zamordować księdza, zapewnili mu życie wieczne. “
Szczepan Twardoch “Otchłań”
Palenie, jedzenie, kapitalizm
5 maj 2009
Tekst będzie o częstotliwości pisania, paleniu i zdrowym odżywianiu oraz bezwzględnych prawach kapitalizmu, które uniemożliwiają obejrzenie meczu ukochanego klubu piłarskiego.
*
Zacznę może od palenia. Jak zauważyli z pewnością moi wierni P.T. Czytelnicy – jeśli brać pod uwagę ilość dziennych wizyt, matematycznie można zapisać ich liczebnośc wzorem X =< 10, gdzie x oznacza P.T. Czytelników – od dłuższego czasu smrodzę mieszkanie trującym dymem i otwarcie się tym chwalę. Parokrotnie próbowałem rzucać to cholerstwo w diabły, i choć zawsze mi się udawało, za każdym razem dopadała mnie tęsknota za papieroskiem. W rezultacie – wracałem do nałogu. Od czasu przyjazdu do stolicy, ilość wypalanych przeze mnie lucky strike’ów znacznie wzrosła. Ale nie to jest niepokojące. Niepokojące są tłuste fast-foody, które dość często pochłaniam otworem gębowym. W związku z tym naszło mnie na zdrowe odżywianie. Gotuję sobie kaszę gryczaną, kroję kapustę pekińską, pomidora, ogórka, cebulę, zalewam warzywa oliwą, doprawiam oregano, zmażę filety rybne, a potem siadam i osiągam kulinarną nirwanę. Po zjedzonym posiłku przez pięć minut żyję z przeświadczeniem, że mój skopcony fajkowym dymem i otruty najgorszym z możliwych tłuszczów – tłuszczem we frytkach – organizm, przyjął wreszcie coś pożądnego. Po pięciu minutach zapalam papierosa. Powtarzam w myślach, że nie dam się oszukać kretynowi z ministerstwa zdrowia, który krzyczy “palenie zabija”. On kłamie. Kłamie!
*
Niestety, nie będzie mi dane obejrzeć reważnowego meczu półfinału Ligi Mistrzów. Bo dwójka nie emituje meczów we wtorki. Można wykupić n-sporty – tam masz wszystko, jeśli masz też pieniądze – i oglądać dowoli. Wyobrażam więc sobie, że mam te całe n-sporty. Otwieram piwko, składam pupę na krzesełku, podeksytowany oglądam, jak Van der Sar, Ferdinand, Vidic, Rooney, Giggs wychodzą na boisko, żeby skopać tyłki zawodnikom Arsenalu. W zeszłym tygodniu było jeden do zera dla “naszych”. Mecz zaczyna się, emocje sięgają zenitu, paznokcie już dawno obgryzione, dwa zawały serca, cztery omdlenia, płacz radości po strzelonej bramce i koniec! Niestety, nie mam n-sportów. Nie obejrzę. Będę siedzieć i czytać e-relację, wyobrażając sobie, że oglądam mecz na żywo.
Kapitalizm to choroba.
*
Ostatnio nie piszę zbyt często na blogu. Mam na głowie referaty, pierwszy rozdział pracy magisterskiej (“Żołnierze NSZ przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Kielcach w latach 1945 – 1955″) oraz mniej ważne, ale istotne opowiadania.
To tyle.
Sunset, sunrise
28 kwiecień 2009
Warszawa, 8 marca
9 marzec 2009
Największym marzeniem chłopca z kieleckiej ziemi było zostać piłkarzem. Młodzieniec często praktykował przyszły zawód na osiedlowym podwórku. Swędziały go nogi, gdy dostrzegał przedmiot, który mógł posłużyć mu za piłkę; mogła być to kulka papieru oklejona przezroczystą taśmą, kamień wielkości ludzkiego oka lub nawet mandarynka. Nieporównywalnie większą radość czerpał jednak z gry drużynowej, na porośniętej trawą ziemi, gdzie w znacznej odległości od siebie utworzono prowizoryczne bramki, szkolne plecaki odpowiadały jej słupkom, niewidzialna poprzeczka zaś ustawiona była na względnej wysokości (dla “naszych” zawsze była opuszczona niżej, niż uważał zawodnik drużyny przeciwnej, który dopiero co oddał strzał i piłka przeleciała nad głową nieporadnego bramkarza). W tym naiwnym kopaniu się po kostkach, przekrzykiwaniu, radości po zdobyciu gola i złości po jego stracie, zamykała się jakaś prosta radość z życia. Wszyscy mieliśmy ten sam cel, po meczu schodziliśmy zadowoleni, bez względu na wynik; niosły nas nogi w kierunku sklepu, wyciągaliśmy kieszenie na lewą stronę i rzucaliśmy kilkudziesięciogroszową garść drobnych na wspólną kupkę monet, a po chwili kładliśmy zmęczone tyłki na murku i piliśmy oranżadę. Nad blokami zachodziło słońce, osiedle oblepiała przyjemna pomarańcza. Gówniarze byli spełnieni.
Jednak z czasem człowiekiem targały wątpliwości, w zamyśleniu potykał się o podstawione nogi, upadał, podnosił się słabszy niż przed tym, jak zarył twarzą w chodnik. Cel, który sobie kiedyś postawił, oddalał się coraz bardziej, aż w końcu chłopiec przestał go zupełnie dostrzegać. W końcu młody człowiek doszedł do wniosku, że to, w co wierzył, przestało być rzeczywiste – istniało w jego wyobraźni. Pogodzony z faktem, że od tej pory dane mu będzie żyć marzeniami, tracił resztki wiary, nie miał ochoty już próbować. Rezultat był przewidywalny: idea spłonęła, został po niej popiół i wspomnienia. Czy było to wynikiem słabości charakteru młodego człowieka, działaniem niszczycielskiej siły otoczenia, a może jednym i drugim po trochu – po latach, dla owego nieszczęśnika nie miało to większego znaczenia. Istotna była rzecz następująca: to, w co wierzył, zostało zniszczone. Kropka.
*
Ósmy marca przywitał mnie odgłosem pędzących samochodów i świadomością, że obok leży Kobieta. Nie musiałem otwierać oczu, by udowodnić sobie, że umysł mnie nie zwodzi – wystarczył znajomy zapach, niosący ze sobą dużo przyjemnych skojarzeń. Jednak rozkleiłem powieki, zmęczony wzrok skierowałem we właściwym kierunku; ogarnął mnie spokój jakiś, szare niebo zaglądające przez szczelinę w zasłonach stało się jakby mniej szare, mniej przygnębiające. Mam nadzieję, że tak właśnie przeżyję ten dzień – pomyślałem – mimo kiepskiej pogody i zawiłości związanych z przystosowywaniem się do dorosłości, będę się cieszyć. Przecież jest z czego. Pal licho tych, którzy mówią, że to komusze święto; a bo to komusze od razu musi oznaczać złe? Kiedyś, może, i miałbym coś do powiedzenia w tej sprawie, i niekoniecznie byłyby to słowa pozytywne, ale teraz? Teraz mam, tu, obok siebie Kobietę, i choć owe święto unifikuje płeć piękną, zamierzam świętować tę konkretną Kobietę właśnie, nikogo innego. Z grzeczności złożę życzenia również innym Towarzyszkom, ale w głębi duszy ubóstwiać będę tylko jedną.
Pójdę po świeże bułki, kefir – postanowiłem – po części dla tego, że tego dnia powinnością mężczyzny jest sporządzenie Kobiecie śniadania. Najlepiej gdyby posiłek, wzbogacony kawą lub herbatą, podać wprost do łóżka, ale rzecz wiadoma, iż nie zawsze jest sposobność. I w moim przypadku nie było takiej opcji; pozostawało udać się pod pretekstem kupienia produktów, zanurkować w okropny świat zewnętrzny, kiedy w rzeczywistości tematem przewodnim opuszczenia mieszkania był cel zgoła inny, choć utrzymany w kontekście posługi: zdobycie kwiatów.
Dzień był pochmurny. Przywodził na myśl jeden z tych obojętnych dni, mokrych od deszczu, wietrznych, kiedy trzeba skrywać twarz w kapturze, najlepiej jeszcze schować nos pod szalik. Tym razem jednak, o czym wspomniałem wyżej, poranek szeptał zupełnie niezwykłe komunikaty. Stawiałem kroki dość pewnie, nie zważając na kałuże, myślami biegłem gdzieś poza tę hałaśliwą okolicę. Jezdnią sunęły ohydne samochody, ale mniej ohydne niż zwykle, mniej zwracałem uwagę na krzyczące silniki. Na bezludnym przystanku schowałem się za plastykową szybą, oblepioną plakatem jakiegoś zbliżającego się koncertu. W ogóle nie cierpię widoku billboardów, na które dzień w dzień dane mi jest patrzeć. Czemu, drogie miasto, i teraz próbujesz zwolnić mnie od wypełnienia szczytnego obowiązku za pomocą takich tanich sztuczek? Trzy minuty później kierowca zatrzymał autobus, drzwi rozsunęły się z syknięciem. Chwyciłem poręcz, pojazd niemrawo ruszył zatłoczoną jezdnią.
Kwadrans później stanąłem w kolejce po kwiaty; kwiaciarnia była wielkości małego pokoju, z trudem znalazłem wolną przestrzeń, plecy odzianego w skórę mężczyzny stanęły mi przed oczami. Dostałem w twarz wachlarzem zapachów, w oczach mieniło mi się od tych kolorowych cudów natury, wyrastających z wypełnionych wodą wazonów. I doświadczyłem stanu zupełnie osobliwego; oto facet przede mną, ze słów bardzo prostego charakteru, poprosił sprzedawczynię o kwiaty – zapytasz, cóż było w tym niezwykłego? Ano to, że chwilę później inny jegomość, z usposobienia już znacznie bardziej wyrafinowany, wyraził życzenie udekorowania sobie trzech tulipanów. Pomyślałem: panowie tak wyzywająco się od siebie różnią, wręcz gromadzi się w nich jakaś wzajemna niechęć, jeden przecież prosty robotnik, twardy jak ochrzczona cegłami skóra jego palców, drugi zaś inteligent, delikatny, nie zna trudów pracy fizycznej, za to umysł jego wyrobiony w myśleniu i dużo bardziej pojemny, niż umysł tamtego mężczyzny. Raptem zdałem sobie sprawę, że w kwiaciarni zdarzył się mały cud; że obaj, wyciągając złotówki ze skórzanych portfeli, znaleźli w sobie sojuszników. Podobnie zresztą i ja poczułem się w jakiś sposób współodpowiedzialny za tę gromadę; zaadoptowany do tego męskiego towarzystwa stojącego w kolejce po kwiaty. Lecz nie byle jakie kwiaty! To były kwiaty niezwyczajne, wyhodowane specjalnie na tę okazję – na ósmego marca anno domini dwa tysiące dziewięć, ba!, powiedziałbym nawet, że stworzone na zamówienie, na godzinę jedenastą trzynaście albo siedemnaście, już nie pamiętam, że pięć tulipanów spiętych czerwoną wstążką i ozdobionych w zupełnie bajeczny sposób czekało właśnie na mnie, w określonym miejscu i w określonym czasie.
Podziękowałem i sekundę później zabrzmiał dzwoneczek przymocowany do drzwi, gdy opuszczałem sklepik. Wróciłem już odmieniony, zadowolenie wylewało mi się uszami, przyspieszyłem kroku, poganiany narastającą wewnątrz chęcią obdarowywania. Nic wówczas nie miało większego znaczenia, niż wręczenie owego pachnącego i kolorowego prezentu; w moje przeznaczenie wplątały się magiczne tulipany – gotów pomyśleć, że trzymam w dłoni mityczny artefakt, skarb zdobyty de facto z niewielkim trudem, ale miałem wrażenie, iż poszukiwałem go przez cały rok miniony.
Gówniarz był spełniony.
*
Siadłem wieczorem przy stole, wcisnąłem w usta papierosa i po chwili puściłem dymka. Sięgnąłem dłonią pilota, włączyłem telewizor. Teraz już tylko uraczyć się bezsensem – pomyślałem – a potem zamknąć oczy i obudzić się następnego dnia. I to jednak nie przyszło mi tak łatwo – w elektronicznym pudle dziennikarz obwieszczał, że dnia ósmego marca dwa tysiące dziewięć odbyła się w Warszawie dziesiąta już Manifa. Manifa, powiadał facet w TV, to organizowana co roku parada feministyczna w obronie praw kobiet.
Zobaczyłem tłum ludzi zapychających warszawską ulicę, a nad nimi transparenty – o prawo do aborcji, o to, że kobiety traktowane są gorzej niż mężczyźni; przypomniałem sobie Kazię Szczukę, w odwecie całującą w dłoń jakąś męską szowinistyczną świnię, która odważyła się zbliżyć do ust dłoń dziennikarki. Uznałem, obserwując całe zamieszanie, że ktoś usiłuje wyprać ze świata coś dobrego. Resztki naszej męskiej romantyczności, na którą zwykle ciężko w ogóle nam się zdobyć, stają się warte mniej niż zero. Ja przecież rozumiem, że ludzie są często niedoceniani, ale czy warto z tego względu niszczyć także odruchy ze szczerego serca? Szczytem okropieństwa jest organizowanie takich manifestacji w tym właśnie dniu. Jak tu świętować, skoro z drugiej strony taki opór? I wreszcie, czy w przyszłości ktoś zapamięta romantyczny gest wręczania kobiecie kwiatu – czy może relacje między płciami zamarzną niczym sopel na parapecie, a potem stopnieją i ślad po nich zaginie? Albo i nie zaginie, ale pozostanie coś znacznie gorszego: wspomnienia. Westchnienie i sentyment za czasami, które bezpowrotnie minęły, bo to, w co ktoś wierzył, zostało zniszczone.
Jak pachną ludzie
25 luty 2009
Wślizgnąłem się pod kołdrę, rozgrzaną ciałem leżącej obok Kobiety. Złożywszy głowę na poduszce, zamknąłem oczy. Tej nocy postanowiłem położyć się wcześniej, niż zazwyczaj, to jest około pierwszej. Miałem ogromną ochotę wstrzyknąć sobie lek pod postacią błogiej nieświadomości, zakończyć ból dnia minionego.
Wcisnąłem nos pomiędzy fałdy poduszki. Powąchałem. Zapach był osobliwy, przyciągający na myśl kosmyki kobiecych włosów, ciemne, rozlane na poduszce. Podniosłem głowę, po chwili zbliżyłem znowu. Włosy, raz jeszcze. Długie, niesfornie wijące się między palcami, kruche i jędrne zarazem; włos przecież w sekundę zniknie od płomienia zapalniczki, ale spięty w gruby warkocz uniesie okropne ciężary. Zaraz pobiegłem myślami w przestrzeń aromatów, tych urzekających i powalających, agresywnych i subtelnych, osobliwych i ryzykownych. Próbowałem ułożyć je w głowie, posegregować, nadać hierarchię, w końcu są takie, które darzę znacznie większą sympatią od innych. I podczas tej krótkiej podróży zdałem sobie sprawę, że zakodowane w mózgu informacje na temat zapachów są bezużyteczne. Zerwałem w wyobraźni kwiat róży, zbliżyłem do nosa, lecz nic – kwiat pozbawiony zapachu, sztuczny, plastykowy. Tak samo postąpiłem z psią sierścią, sprężystą skórą kobiety, buteleczką perfum. Rezultat był identyczny.
Wtopiłem nos w poduszkę. Zapach był intensywny, pobudzał wyobraźnię, całe moje jestestwo zamknęło się w tym kawałku pachnącego kobiecymi włosami materiału. W sekundzie, bo tyle mniej więcej trwało doznanie, zrozumiałem wszystko. Dopadła mnie myśl zatrważająca, która wypłukała ze mnie wątpliwości, problemy, pytania, złość, żal i słabość. Nagle zrozumiałem, za pośrednictwem owego zapachu, co, jak i dlaczego. W tej jednej chwili osiągnąłem całkowity spokój ducha, byłem jak wzór matematyczny – logiczny, spójny, zamknięty. A plus B równa się C. Lecz kiedy odchyliłem głowę, straciłem kontakt z zapachem, a wraz z nim harmonię. Uleciała ze mnie jak dusza opuszczająca martwe ciało.
Leżałem nagi w ciemnościach, jak Frodo Baggins z Jedynym Pierścieniem, można było patrzeć przeze mnie jak przez szybę. Patrzyłem w sufit, niezupełnie rozumiejąc zdarzenie, które przed chwilą miało miejsce. Czy to było olśnienie? Hierofania, ingerencja sacrum w moje małe profanum – ingerencja niosąca za sobą świadomość faktu, iż jestem pyłem, niezauważalnym, ale pyłem istotnym, posiadającym swoje miejsce i swoje przeznaczenie. To jakby oglądać film ze swoim udziałem, znając początek, rozwinięcie i zakończenie – spokój, towarzyszący świadomości, że to tylko film, fikcja, skończy się tak, jak skończyła się poprzednio, nic nowego nie nastąpi, nie ma więc powodów do niepokoju. Tak musi być. Obraz jest niezmienialny, zapisany raz na zawsze. Jeden z tych ulubionych filmów, po które sięga się w wolnych chwilach, żeby sobie przypomnieć jego niezwykłość.
Zapach. Doświadczać go można tylko tu i teraz. Obcy wspomnieniom, zbliżający w jednej ledwie chwili, kiedy otwiera się przed nami przyszłość.
Wpis z wojny – codzienna batalia o przetrwanie
24 luty 2009
Budzi go spojrzenie rudego kota.
“Miauuu”.
Z gruzów, które kiedyś było miastem Umysł, zbombardowane przez eskadry nieprzyjacielskich bombowców klasy Bezsenność, wyłania się niedobitek. Strząsa z munduru pył, omiata wzrokiem, przysiada na kamieniu, spuszcza łeb, przypomina sobie, że jego oddział został wycięty w pień. Wokoło pusto, został sam jak palec u dłoni drwala. Cóż pozostało, krystalizuje się w jego głowie myśl, trzeba ruszać, szukać ocalałych, skontaktować się z dowództwem. Splunąwszy, wstaje, ogarnia kierunki – wschód, zachód, północ, południe – i daje krok, a potem następny, uważnie wkładając stopy w szczeliny gruzowiska.
Przygląda się żółtemu strumieniowi wody, muszli klozetowej, uniesionej desce, wznosi wzrok ku żarówce, która rozświetla mroki łazienki. Wciąga boskerki, odwraca się o dziewięćdziesiąt stopni, niczym zaprogramowany automat, wkłada ręce do umywalki, płucze, palce ślizgają się od mydła. Potem szczotkuje zęby, aż wyciekająca z ust piana naznaczona zostanie krwią z dziąseł cierpliwie utrzymujących psujące się uzębienie. Odkręca kurek, niezgrabnie pakuje ciało do wanny, ochlapuje twarz, podmywa tyłek, przygląda się paznokciom u stóp, które wypadałoby przyciąć, lecz postanawia dać im pożyć jeszcze dzień i uregulować sprawę nazajutrz. Sięga po ręcznik, trze materiałem o suchą skórę, kląc pod nosem na brak kremu, który kupował tysiące razy, acz nigdy w rzeczywistości. Przygląda się na pożegnanie paskudnej gębie w lusterku, nieogolonej, leniwej, niektórzy mówią, że fizys ta manifestuje pogardę, wyższość, lecz niektórym nie przychodzi do głowy, iż jednostka marna, półnaga i smutna jak jesień, nie pogardza i nie wywyższa się, a ma wszystko, no, prawie wszystko, za nic.
W kuchni odechciewa mu się żyć. Splecione dłonie za żadne skarby angielskich piratów nie garną się do przyrządzenia posiłku. Drzwi lodówki są za ciężkie, woda na herbatę za mokra, talerz za okrągły, a żołądek zbyt zmęczony na trawienie. Siada na krześle, wzdycha. Wzrok jego los kieruje na paczkę papierosów drzemiącą jeszcze na stole, jak pijany bezdomny, bez własnego kącika, do którego można uciec, zepchnięty na margines przez wariata z Ministerstwa Zdrowia, który przykleił mu na łbie napis “Palenie zabija”. Chcę umrzeć, przemyka niedobitkowi przez myśl, sięga więc po papierosa, zapala. Ach, jak rozkosznie umierać…
Jest artystą. Siada przy klawiaturze komputera, popija kawkę, którą udało mu się z trudem sporządzić. Tworzy. Przez godzinę, dwie, trzy, żadne słowo nie ścieka mu przez palce na klawisze, jego łeb, ciężki, przytępiony, zmęczony, jest pusty jak turecki bęben. Odchyla się w krześle, zapala kolejnego papierosa. Kiedyś wyobrażał sobie, że zostanie wielkim literatem, takim drugim Tolkienem, siądzie do pisania wielkiej powieści, którą krytycy wpiszą do księgi dzieł zasłużonych, a poloniści będą mówić: “Ten Niedobitek był wielkim Autorem, napisał wielką rzecz pod tytułem Życie – Wieczny Pogrzeb”. Nic. Totalna klapa. Przez resztę dnia bohater czuje się zawieszony jak w próżni, ratuje się więc literaturą. Przeskakuje ze strony na stronę w poszukiwaniu prawd życiowych, objawień, wskazówek… wszystko to jak grochem o ścianę. Dochodzi do wniosku, że prawd nie ma, pożarł je postmodernistyczny relatywizm, rzeczy do objawienia już się objawiły, historia wchłonęła Nauczycieli – Buddę, Jezusa, Bakunina, Mussoliniego – a wskazówki są jak nadgryziony zębem czasu drogowskaz na skrzyżowaniu pustynnych dróg, o starych, nieczytelnych napisach. Czy książki są warte czegokolwiek?, dopada go myśl, kiedy odkłada “Mistrza i Małgorzatę” na zasłany obrusem stół. Czy są komunikatem, kryją w sobie odpowiedzi na nurtujące Niedobitka pytania – czy może ciągiem niepotrzebnych rozdziałów, zdań, wyrazów, liter? Wyobraża sobie jak powstają, tłoczone w fabrykach przez bezduszne maszyny, a potem magazynier ładuje zawiązane sznurem kartony na pakę ciężarówki, jak bolszewicy wrzucali na taczki zwłoki polskich oficerów pomordowanych w Katyniu. Nowe, pachnące, o wyrafinowanych, kolorowych okładkach, leżą na półkach w księgarniach, wręcz wskakują do plasikowych koszyków – a potem kasjer wystawia paragon na trzydzieści lub czterdzieści złotych. Paragon… dowód na istnienie diabła.
Włącza telwizor. Niepokoi go nawyk przeskakiwania z kanału na kanał, umysł rejestruje bezdźwięczne obrazy jak gąbka wchłania wodę. Chodzi jedynie o kontakt z mechanicznym pudłem sączącym bezsens. Jak lampa błyskowa aparatu fotograficznego, połyka umysł Niedobitka komunikaty: ktoś tam zginął, ktoś tam kocha kogoś, ktoś tam mówi coś, ktoś tam coś tam. Żyjemy w erze Informacji. Człowiek, aby przetrwać, musi wiedzieć, najlepiej wszystko potrosze, a najlepiej, żeby jeszcze odwiedział we wtorki psychoanalityka, w środy, z przyjaciółmi, poranny jogging, w czwartkowy wieczór dawka cholesterolu i chemikaliów w McDonaldzie, połkniętych litrem coca-coli, w piątek wizyta w kinie, a potem wieczorny seks, którego brakuje w inne dni tygodnia. Konieczna jest znajomość zasad dobrego zachowania, łatwość w nawiązywaniu kontaktów, dyspozycyjność, odporność na stres, ku uciesze pracodawców, których należy całym sercem nienawidzić, lecz nie dawać po sobie tego poznać. Nie jest konieczne rozwiązywanie problemów emocjonalnych, mnożących się z dnia na dzień – od tego jest wspomniany psychoanalityk, pobierający koszmarnie sowite wynagrodzenie. Śmiech i łzy, naprzemian, przez cały tydzień, dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Pod wieczór Niedobitek czuje się jak po przerzuceniu hałdy węgla, mimo że żadnego wysiłku w ciągu dnia praktycznie nie wykonał, nie licząc koniecznych wędrówek do toalety i kuchni. Jednak jest zmęczony całym sobą, jak tylko może być istota zmęczona. Czy to lenistwo? Brak motywacji? Co powoduje ten okropny stan, jak rak wyżerający gotowość do życia? Czy to choroba, a jeśli tak, uleczalna? Objawy są niepokojące – Niedobitek traci kontakt z rzeczywistością, komunikujące się z nim otoczenie znika z oczu bohatera, to jakby patrzyć niewidzącymi oczami. Świat zasnuty mgłą. Machanie rękami na oślep w poszukiwaniu drzwi prowadzących na zewnątrz, na świeże powietrze, gdzie wiatr rozwiewa wątpliwości. Do natury, do natury! Do przeszłości, jak najdalej od tego, co jest, od tego co będzie, do mikroskopijnych form życia, którymi kiedyś Niedobitek był, do PrzedCzasu, do bycia kamieniem albo pyłem… Żeby tylko nie być w obecnej postaci, żeby wyrwać się z ciała, rozdzierając je pazurami, wyfrunąć, wyjąc z radości.
Czy istnieje wyjście z tej psychozy? Z tej tragikomedii?
Niedobitek wita się z Bezsennością. Przyszła, jak co dzień, i znając życie, zabawi przez kilka godzin. Bohater tłumaczy sobie, że to z grzeczności nie wskazuje drzwi, acz w głębi duszy wie, że jest zbyt słaby, aby pozwolić nachalnej znajomej odejść. Czasem ma wrażenie, że tylko z nią może porozmawiać o rzeczach nie dających mu spokoju. Czy to nie dziwne? Wokoło przecież tyle życia, tyle ludzi, tyle roześmianych twarzy, tyle uprzejmości, tyle uścisków, pocałunków, tyle gestów miłosierdzia, przyjaźni. Dlaczego więc do późnych godzi nocnych, Niedobitek szepcze z ciemnością, a całymi dniami posługuje się milczeniem?
*
Następnego dnia, budzi go spojrzenie rudego kota…
Kolejny etap
14 luty 2009
Wygrzewam krzesło niezbyt jeszcze tłustym tyłkiem, ściskam w gębie dymiącego papierosa (miesiąc temu rzuciłem palenie, efekty, jak widać, są zdumiewająco dobre). Niby wszystko po staremu, a jednak inaczej. Inaczej co najmniej o jakieś sto osiemdziesiąt kilometry dzielące Kielce i Warszawę, aczkolwiek zauważam wiele innych oznak postępujących z zatrważającym tempem zmian. Po pierwsze, osiągnąłem wreszcie wolność, a po drugie – popadłem w przyjemny rodzaj zniewolenia, niosący ze sobą wiele konieczności i pierwszą dawkę odpowiedzialności. Posłużę się nawet znienawidzonym patosem: życie to nieustanne podejmowanie trudnych decyzji.
I nie chodzi wcale o zmianę na gorsze. Wręcz przeciwnie. Trudność sytuacji polega na zrozumieniu i akceptacji życiowych błedów, które kiedyś błędami wcale się nie wydawały. W ciemnym jak kiszeń Murzyna pokoju słychać cichutki śmiech tego, który od zarania dziejów podkłada ludzkim istotom swoje śmierdzące syry. Śmiech ten niepokojąco przywołuje obrazy z mojej buntowniczej młodości, kiedy to wszystkie podjęte przeze mnie działania były w moim rozumieniu “Jedynym dobrym rozwiązaniem, w przeciwieństwie do tego, co mówiła reszta”. Rozsunięto kurtynę. Na pustej scenie stoi samotne drewniane krzesło, z boku sceny wyłazi diabeł, siada i wolno bije mi brawo. Nie trzeba wcale słów, by powiedzieć:
- I co ty na to, dupku?
Siedzę, myślę, wbrew pozorom to ostatnie nie należy do procesów trudnych i bolesnych. Cholernie dziwnie wygląda świat, gdy człowiekowi zmienia się kąt patrzenia. To jakby ktoś dał mi w mordę albo palnął sztachetą w potylicę, światło zgasło, a potem obudziłem się w zupełnie innym wymiarze, na peryferiach dotychczasowego życia; przy okazji częściowo utraciłem pamięć, potrafię przywołać postrzępione fragmenty przeszłości, których nie sposób złożyć w pełny obraz. Od teraz To, Co Było, istnieć będzie w postaci zapisanych kartek papieru, zamkniętych w szklaną ramkę i powieszonych na ścianie, nie sposób więc cokolwiek do nich dopisać, postawić kropkę, wykrzyknik lub znak zapytania. Chodzę po muzeum w mojej głowie, ze smutną miną, bo tak dużo chciałbym popoprawiać, wykreślić, podrzeć, spalić.
Czasami się da, a czasami nie da się oddzielić od przeszłości grubą kreską. Czasami przychodzi chwila na żałowanie. Ale i tak wszyscy spotkamy się w Szarych Przystaniach, gdzie Gandalf zabierze nas w ostateczną podróż poza granice świata. Tam, może, przeszłość stanowi ledwie kurz albo pył, o którym rzeczywistość zapomniała.
Opuściłem rodzinny dom.
Los zdecydował się udzielić mi kredytu zaufania.
Szczęście to także walka ze wspomnieniami.
Serce – narząd, o którym wielu już zapomniało – podpowiada mi, że warto.
I’m Batman
27 styczeń 2009
Christopher Bale, mówię na wejściu, a potem oglądam znajomy obrazek. No, co tak marszczysz to czoło? Dziesięć lat temu twoja matka kupowała ci piórnik i worek na kapcie z moją podobizną, a teraz…
- Batman! – powiada zdziwiony młodziak, pewnie student, chyba że gorzelnia idzie po kosztach i produkuje w M-1.
A niech mnie… Bóg mi Cię zesłał, synu! Błonnik na moje jelita!
- Dzień dobry – mówię i pytam grzecznie, jak mija dzień – poradnik dla akwizytorów się kłania – a potem walę wprost, czy facet ma chwilkę.
- Myślałem, że pan nie żyje – odpowiada potencjalny klient. Wyciąga rękę i wskazuje palcem na walizkę, którą przed nim otwieram. – Łoo. Sprzedaje pan figurki? Wzorowane na starych filmach, z prawdziwymi aktorami? Łoo…
Wyciągam jednego Batmanka, z krzywo wyciętą, czarną pelerynką w trójkątne ząbki. Chłopak marszczy czoło. W tym momencie wiem, że ma w kieszeni najwyżej kondoma, ale nie trzy dolce.
Chowam Batmanka, zatrzaskuję walizkę.
- Pierdolona grafika komputerowa – mówię do siebie i odchodzę, klnąc pod nosem.
