Reklamy

W czerwcowo-lipcowym wydaniu internetowego magazynu „Esensja” ukazało się moje krótkie opowiadanie pt. „Kolekcjoner”, napisane – jak dobrze pamiętam – w 2006 roku. Przez długi czas przeleżało w szufladzie, zakurzone i zapomniane, aż postanowiło pokazać się światu. Toteż polecam je uwadze Czytelnika. Komentarze są, jak zawsze, mile widziane.

Opowiadanie można przeczytać tutaj.

Przeglądam Internet, czytam recenzje nowej odsłony Star Treka. Negatywnych komentarzy mało, co cieszy, ale niejednokrotnie spotykam ogólnikowe stwierdzenia w rodzaju „może być, ale nie musi”. Niektórzy narzekają na postaci Spocka i Kirka – pierwszy, jakoby zupełnie odstawał od pierwowzoru w wykonaniu Nimoy’a, drugi jawi się jako typowy amerykański bohater kina akcji, nieustraszony kowboj wystrzelony w przestrzeń kosmosu. Tymczasem, w nowym Star Treku J.J. Abramsa (Lost, Project:Monster) dzieje się rzecz zupełnie odwrotna niż w przypadku nowych części Star Wars: reżyser nie spartolił sprawy.

Banalnie powiedziane… Długo można by mówić o tym, jak bardzo Star Trek XI przypomina pierwszą odsłonę gwiezdnych podróżników, The Original Series z końca lat sześćdziesiątych. Spock pozostał tym samym Spockiem – istotą, która przeżywa wewnętrzną walkę z emocjami (niczym postać grana przez Bale’a w Equilibrium). Abrams poszedł zresztą trochę dalej, i dobrze, położył bowiem nacisk na przeżycia wewnętrzne głównych postaci. Nie pozbawił Spocka specyficznego poczucia humoru, nie pozbawił też go Jamesa T. Kirka – kapitan U.S.S. Enterprise wciąż jest „macho”, nie dysponuje co prawda cudownym stylem walki Williama Shatnera (1, 2, 3, 4) ale nadal nie przebiera w środkach, jest postacią dominującą i sprawiedliwą zarazem, zupełnie jak stary dobry Kirk w obcisłych gatkach.

Na szczęście to wydumane święto za nami. Niosący się echem głos Solidarności: „obaliliśmy komunizm!” – już cichnie, i dobrze, ponieważ medialne bombardowanie było już nie do zniesienia. Zabawny był Gdańsk i czerwone domino, strącone boską dłonią Wałęsy; zabawny był Kraków – i świętowanie elit europejskich, jak gdyby umieranie komunizmu było ofiarą poniesioną przez Polaków dla demokracji. My, Polacy, mamy chorą tendencję do budowania pomników i zapisywania sobie zasług, nawet wobec przemian politycznych, na które nasz wpływ był znikomy. Ziemkiewicz, we wczorajszym wywiadzie dla TVP Info powiedział, że nie widzi podstaw, by w tak optymistyczny sposób celebrować 4 czerwca 1989, a już na pewno nie powinniśmy porównywać 4 czerwca do 11 listopada 1918. Ja bym poszedł w ocenie jeszcze dalej: droga do „niepodległości” była w obu przypadkach uzależniona mocno od czynników zewnętrznych – w przypadku rodzącej się II RP od wyniku Pierwszej Wojny światowej i rewolucji październikowej, a w przypadku przemian ustrojowych wschodniej Europy od wykorzystania potencjału polityczno-gospodarczego socjalizmu, wyścigu zbrojeń Stanów Zjednoczonych i ZSRR oraz przemian światopoglądowych po Drugiej Wojnie Światowej.

Prawicowi publicyści mówią: to naród stanął na wysokości zadania i pokazał wolę walki o niepodległość. Stan wojenny, który lewacy tak ochoczo bronią i przywołują w dyskusji słynne zagrożenie wejścia na ziemie polskie wojsk radzieckich, wyczerpał w zupełności potencjał polityczny „S”. Taki był zresztą jego cel, jak widać – skutecznie zrealizowany. Swołocz sowiecka już na początku lat osiemdziesiątych wiedziała, że możliwości socjalizmu zostały wykorzystane, że jego przestarzały model wymaga reform (Gorbaczow). Jak się okazało, stracili jedni i drudzy: pierestrojka i głastnost obcięły socjalistom ręce, a stan wojenny uniemożliwił zdobycie władzy w Polsce drogą rewolucji. Komunistyczna władza nie posiadała już „mandatu”, który uprawniał ją do kształtowania porządku politycznego. W przeciwnym razie, „Solidarność” zostałaby precyzyjnie zgaszona, tak jak zgaszone były grupy niepodległościowe AK czy węgierscy powstańcy.

Popularna teza głosząca, iż to „Solidarność” obaliła komunizm (nie wspominając o obalaniu komunizmu przez Lecha Wałęsę) to – najdelikatniej mówiąc – głęboka nieścisłość. Ani „S” nie była bowiem u początków swojego istnienia ruchem niepodległościowym (strajki na początku lat siedemdziesiątych na wybrzeżu), ani też celem stoczniowców nie była przemiana ustrojowa. Strajki o charakterze gospodarczym zostały jednak wykorzystane przez elity intelektualne. Te same elity, które w marcu, sześćdziesiątego ósmego roku, domagały się realizowania liberalnych przemian zapowiedzianych po odwilży październikowej. I dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, zwrot w myśli socjalistycznej ku przemianom politycznym i gospodarczym sprawił, że PZPR okazała się bezsilna wobec woli narodu polskiego. Wypowiedzi Jaruzelskiego, który powiada dziś, że stan wojenny był przygotowaniem Polski na nową drogę, drogę demokracji, utwierdzają tylko w przekonaniu, że historia nie potoczyła się tak, jak pragnęli tego działacze PZPR. Nie przekształcono państwa w nowoczesną republikę ludową, system umierał, jak umierali polscy robotnicy na rękach ZOMO. Był to strzał władzy państwowej we własną stopę.

I co dalej? III RP nie posiadała i nie posiada elit politycznie i intelektualnie tak silnych jak II RP. Niepodległe państwo polskie po 1918 roku charakteryzowało się doświadczoną kadrą dowódczą sił zbrojnych, oficerami wyszkolonymi w armii pruskiej i austriackiej. Czołowi politycy wynieśli wiele dobrego z działalności partyjnej w rosyjskiej Dumie oraz Galicji. 4 czerwca dał nam niewykształconych opozycjonistów i nie pozwolił rozprawić się z zżerającą naród postkomuną.

Urban, choć cuchnący z niego, rubaszny komunista, bezwstydnik do granic możliwości, ma słuszność, kiedy mówi: „Do Okrągłego Stołu siadały dwie słabe strony. Solidarność była słaba i my też byliśmy słabi. Mieliśmy poczucie klęski (…) Myśleliśmy, że zmiana powinna być ewolucyjna – bez wisielców na drzewach i latarniach.”. Obie strony przegrały. Komuniści władzę, a naród szansę na wieszanie.

Dziś z M. na debacie politycznej w kampusie Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzonej przez red. Piotra Semkę w towarzystwie kandydatów do europarlamentu z ramienia PiS, PO, Libertas i SLD (wszyscy zaproszeni, prócz dezerterującego towarzysza Olejniczaka, pojawili się, mimo bardzo wąskiego grona zainteresowanych obywateli Rzeczypospolitej). Moderator, pan Semka, okazał się człowiekiem flegmatycznym, leniwym, ironicznym, wręcz butnym, sprawiał wrażenie zmęczonego ponad godzinnym spotkaniem. Ewa Tomaszewska przybyła z piętnastominutowym opóźnieniem (na i tak opóźnioną już debatę), a przez całe spotkanie prezentowała się jako osoba wystraszona. Pan Kostrzewka-Zorbas z PO był pewnym mówcą, nie tak biegłym jak reprezentant Libertasu – Artur Zawisza, nie zaskoczył natomiast, nawet w tak ciasnym gronie, socjotechnicznymi wycieczkami służącymi do pozyskania tych paru głosów w zbliżających się wyborach. Debata była nudna, nie wniosła nic nowego do medialnej euroburzy. Przybyłem na to zorganizowane o wczesnej godzinie (10:00) spotkanie właściwie z jednego powodu – chciałem usłyszeć, cóż ma do powiedzenia pan Zawisza, monarchista zresztą, a więc i antydemokrata, czym niejako już na starcie zyskuje moją aprobatę. Niestety, pan Semka uniemożliwił mi zadanie panu Zawiszy pytania, dość ważnego moim skromnym, obywatelskim zdaniem, mianowicie: jakie interesy reprezentuje Libertas i czy jest to, odnosząc się do wypowiedzi profesor Staniszkis, działanie wbrew polskiej racji stanu. Bo choć ideologicznie najbliżej mi do działaczy rekrutujących się z dawnego LPR, to owi działacze kandydujący z ramienia partii Ganleya wydają się nie tyle bronić suwerenność narodu polskiego, co chronić przed upadkiem europejską skrajną prawicę. Ponadto, na swoim blogu, Zawsza podkreślił cel, wokół którego Ganley zgrupował polityków z krajów Unii Europejskiej: obalenie traktatu lizbońskiego („ruch antytraktatowy”). Sam zresztą poseł recepty na funkcjonowanie Wspólnoty nie ma (na pytanie M. o istnienie sił militarnych UE, których powołanie Zawisza uznał za ważne, w kontekście oporu dla scentralizowanej polityki UE, nie umiał odpowiedzieć).

Na szczęście w czerwcowych wyborach nie będzie dane mi wziąć udział.

Na fotografii: „Król Podbeskidzia”
Muzyka i słowa: Stanisław Staszewski, wykonanie: Kazik

Od pewnego czasu nie ubolewam już nad jakością polskiego dziennikarstwa i związaną z tym zawodem tzw. „wolnością słowa”. Zaremba, pisząc o prasowych kompromisach, w pełni krystalizuje moje odczucia względem publicystów: ze smutkiem akceptuję upadek solidnego rzemiosła dziennikarskiego, który w świecie poprawności politycznej i kapitalistycznych uwarunkowań przypomina walkę organów prasowych dwudziestolecia międzywojennego. Podobnie zresztą oceniam „anonimową” blogosferę, która wyniesioną na piedestał „niezależność” nader często wykorzystuje do manifestowania podłych, obraźliwych poglądów zakrawających na miano „radosnej twórczości”. Nieliczni blogerzy i dziennikarze oczywiście wykazują się w tej materii obiektywizmem i celnością spostrzeżeń. Nieliczni, powtórzę.

Przypomnę, że obóz sanacyjny w kwestii fałszerstw dziennikarskich, wykazał się trzeciej dekadzie dwudziestego wieku działaniem niezwykle stanowczym i skutecznym: na organa prasowe nałożono ogromne kary pieniężne za głoszenie informacji niezgodnych z prawdą. Ponadto, redaktor tekstu był w pełni odpowiedzialny prawnie za publikację. W obecnej sytuacji, „wolność słowa” spłaszczana jest do nonsensownej manifestacji o możliwość wyrażania tego, co ślina na język przyniesie. I w konflikcie pomiędzy Kataryną, grupą prawicowych blogerów oraz publicystami Dziennika i przyśpiewującymi im blogerami lewicującymi, wypada mi stanąć pośrodku i przytoczyć słowa Piłsudskiego, który tak mówił o posłach Rzeczypospolitej (cytat w moim przekonaniu doskonale oddaje kondycję polskiego dziennikarstwa): Jeżeli pan przysłuchiwał się kiedykolwiek uważnie, co jest trudne, obradom panów posłów, to musiał pan dostrzec, że pan poseł chce być nadinżynierem, nadkonduktorem, nadlekarzem, nadprawnikiem, nadagronomem, nadrządem, nadprezydentem — i szuka, że tak powiem, swojej chwały w bredzeniu tak, że uszy więdną.